Podziel się nami ze znajomymi. Będzie nam bardzo miło
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  


Kiedy widzę rodziców, których zachowania są pozbawione logiki, aż mi się robi słabo


Ten post powstał jako odpowiedź na całoroczną obserwację zachowań rodziców. Sam jestem ojcem i nigdy nie pragnąłem dla moich dzieci chorób oraz obniżonej odporności. Warto więc zastanowić się nad swoim zachowaniem wobec naszych pociech, bo czasami zamiast pomóc możemy tylko im zaszkodzić, a co najważniejsze, nauczyć bardzo złych nawyków i paranoi.

Przyglądacie się przechodzącym rodzicom z dziećmi? Nie. Tak? Nie wiem? No cóż my z żoną zwykle spoglądamy na dzieci w ich wózkach. W zasadzie bardziej żona, bo ja zwykle jestem rozproszony i sięgam wzrokiem we wszystkich kierunkach. Dlatego moja żona zdaje mi relację lub pokazuje przypadki, które mnie osobiście przerażają. Wiem, że podglądanie i ocenianie innych rodziców nie jest niczym chlubnym i każdy powinien wychowywać swoje dzieci jak potrafi najlepiej. Zastanawiamy się jednak z Anią dlaczego tak wiele osób chce odciąć swoje pociechy od światła dziennego i powiewu powietrza.

Ten temat nie pozwala mi przechodzić obojętnie i dotyczy dzieciaków, które niczego nie świadome są uosabiane z jajkiem na kurzej fermie. Hodowane w klatkach nadopiekuńczości albo jakiegoś rodzicielskiego fanatyzmu. Co można powiedzieć gdy dziecko, w jesienny słoneczny dzień i temperaturze 10 stopni, jest ubrane w grubą czapkę i zimowy kombinezon? Czy rodzic w takich warunkach ubiera się w gruby szal, czapkę, rękawiczki i zakłada najgrubszą kurtkę, jaką ma w szafie? Nie! To dlaczego robi to swojemu dziecku?

Jeszcze bardziej jestem przerażony, gdy podczas spaceru w temperaturze kilku stopni, widzimy z żoną dzieci w wózkach opatulone w najgrubsze czapki, kombinezony, śpiworki i do tego przykryte grubymi kocykami. Na koniec jeszcze w taki sposób pozakrywane w wózku, że nie dochodzi do nich ani światło dnia, ani powiew świeżego powietrza. Pojawiają się w mojej głowie w takiej sytuacji dwa pytania: „Po co to dziecko jest na spacerze?” i drugie: „Czym różni się ten spacer od spania dziecka w domu?”

 


Pełna swoboda i dbanie o komfort


 

Myślę teraz o moim dziecku, które nie chorowało. Miało się dobrze biegając nawet na bosaka w temperaturze nie przekraczającej 22 stopni. Tak właśnie. Aleksi nie potrzebowała 35 stopni żeby czuć się dobrze, a latem wręcz nie mogła i nie może dobrze spać, bo jest jej zwyczajnie za gorąco. Podobnie zresztą jak nam z żoną. Pójście do żłobka wszystko zmieniło, to fakt. Pojawiły się przeziębienia i choroby związane z faktem, że co chwila jakieś dziecko przychodziło do żłobka z gilem albo kaszlem.

Mimo wszystko Aleksandra, podobnie jak ja, nie lubi mieć na nogach skarpetek, a już na pewno nie przepada za chodzeniem w łapciach. Nie ma się co dziwić, ma to po tatusiu. W zasadzie bardzo się cieszę, że moje dziecko nie lubi być przegrzewane i w tej chwili Aleksandra sama mówi, gdy jest jej za ciepło w domu albo chce zdjąć bluzę, bo czuje dyskomfort.

Często staramy się również wietrzyć mieszkanie. Głównie wtedy, gdy jesteśmy na spacerze z dziećmi albo wychodzimy gdzieś z domu. Nie lubimy zaduchy i kiszenia się we własnym sosie z pozamykanymi oknami, nawet jeżeli siedzimy w domu, gdy dziewczynki są chore albo gdy jest brzydka pogoda i uniemożliwia nam wyjście na dwór. Wietrzenie mieszkania to jest priorytet, a nie rozkręcanie kaloryferów ile fabryka dała.

Nie powinno się i nie trzeba przegrzewać dzieci i traktować ich jak jajka. Do choroby wcale nie przyczyni się niższa temperatura w domu, ale sam fakt bycia w żłobku albo kontaktu z kimś przeziębionym. Dajcie dzieciom oddychać i nie uczcie ich, że mają się chować pod grube koce, kołdry i ubierać się na cebulę.

I tutaj nie chodzi wyłącznie o to czy ktoś jest ciepłolubny czy też nie. Zwyczajnie niektórym ludziom się wydaje, że rozkręcenie w domu kaloryferów na maksa jest świetnym rozwiązaniem, a ubieranie dzieci na cebulkę na pewno uchroni je przed bakteriami i chorobami. Ja pytam w jaki sposób?

Uwierzcie mi. Wiem co mówię. Miałem do czynienia z matką, która mimo ładnej pogody i 10-12 stopni na dworze, na plusie dodam, miała w domu odkręcone kaloryfery na fulla. Wchodząc do takiego mieszkania, uderza w was żar pustyni. Przesuwając się o kolejne metry wzdłuż korytarza macie wrażenie, że zamiast chronić siebie i swoje dzieci, taka matka chce całą rodzinę wykończyć, obniżając odporność każdego z jej członków. Serio. Osobiście dusiłem się i gotowałem stojąc i nic nie robiąc. Dramat. Miałem ochotę stamtąd uciec jak Willy w filmie „Uwolnić orkę”.

Nie twierdzę, że jestem fanatykiem wietrzenia i chłodzenia mieszkania, a tym samym swoich dzieci. Podchodzę do tematu zdroworozsądkowo, bo zamykanie maluchów hermetycznie, wpłynie wyłącznie w taki sposób, że każdy kontakt ze środowiskiem zewnętrznym spowoduje uderzenie wszystkich wirusów i bakterii ze względu na obniżoną odporność wywołaną przebywaniem w domu i kiszeniem dzieci jak ogórków w słoiku.

 


Wiosenna chlapa i jesienne dreszcze


 

Wiosna i jesień to pory roku, które chyba najbardziej dają się rodzicom we znaki. Chlapa, deszcze, dużo wilgoci i oczywiście naprzemienne temperatury i wiatr. Idealna aura dla wirusów i bakterii. Mamy wiedzą o co chodzi, zresztą chyba każdy z nas. Aura wiosenno – jesienna, mimo swoich uroków, zwykle sprawia, że częściej sięgamy po witaminę C, czosnek, Imbir, miód i inne środki, które mają zapobiegać chorobom i pomagać nam, wzmacniając naszą odporność. Czasami jednak bezskutecznie.

Jak to ma się do dzieci oraz ich ubierania? Myślę, że wiosna i jesień to kluczowe pory roku, podczas których zwykle nie wiemy jak mamy ubrać swojego malucha. Raz świeci słońce i jest naprawdę ciepło, by po chwili nadleciały chmury niosące ze sobą deszcz. To trudne, żeby zawsze wiedzieć jak się ustosunkować do zmiennej aury, ale nie jest to niemożliwe. Wiadomo, że w słoneczny wiosenny lub jesienny dzień nie weźmiemy ze sobą parasola, ale możemy inaczej się zabezpieczać.

Nosimy ze sobą różnego rodzaju torby dla dzieci, bo zawsze dziecko chciałoby coś przekąsić. Mamy przecież kieszenie w kurtkach, a kobiety naszą ze sobą swoją torebkę pełną skarbów. Jeżeli idziemy z dzieckiem na spacer, dodam małym, to przecież nie idziemy bez wózka. Nie musimy od razu na dziecko wszystkiego rzucać, żeby udusiło i ugotowało.

Moja żona zwykle bierze różne rzeczy ze sobą. Dodatkową parę rękawiczek, cieplejszy szal czy rękawiczki albo bluzę pakujemy w torbę dla dzieci lub reklamówkę i wkładamy pod gondolę Alicji. Do tego kocyki, które nie muszą leżeć wszystkie na dziecku od razu. Dodatkowy kocyk lub kołderkę można złożyć i wrzucić pod wózek albo przewiesić na poręczy, ewentualnie dać dziecku pod głowę.

Kiedy zdecydujemy, że zrobiło się chłodniej, zawsze możemy dziecko dodatkowo przykryć. Ważne jest aby sprawdzać czy dziecku jest dobrze i ciepło, a nie od razu ugotować zupę ze swojego malucha. Dziecko woli zjeść rosół w domu, a nie być daniem głównym dla wszelkiego ustrojstwa, które stąpa, pełza i fruwa na świecie.

 


Upalne lato i wracające dylematy


 

No dobrze moi drodzy. Przychodzi upalne lato. Gorące dni i duszne noce. Zwykle pocimy się nadmiernie nie wykonując żadnych czynności, nawet w krótkich koszulkach i spodenkach. Ubieramy się skromnie, byle mieć jak najmniej na sobie i poczuć chociaż najmniejszy powiew wiatru. Powstaje zazwyczaj wtedy cała litania pytań dotyczących dzieci i sposobu ich ubierania. Niestety z tego co obserwuję jako ojciec uważam, że dzieci często ubierane są ponadto co naprawdę dzieje się na dworze. Nie mówię o dwu czy trzylatkach, ale o najmłodszych dzieciach.

Rozumiem jako rodzic konieczność ubierania najmłodszych dzieci, bo spacer z miesięcznym maluchem może być troszkę stresujący. Tym bardziej dla świeżo upieczonych rodziców są to ciężkie chwile i niezwykłe przeżycia. Zwyczajnie boją się, że tak małe dziecko zachoruje i będą mieli poważny problem. Nie popadajmy jednak w paranoję.

Zwykle widzimy z żoną jak te biedne dzieci gotują się poprzykrywane kocykami tak szczelnie, że aż boję się jak reaguje ich delikatna skóra pod tymi warstwami. Co gorsza zwykłem zauważać, że naprawdę nie brakuje osób, które w największy upał i słońce do tego, zabierają swoje pociechy na spacery. Pytam się, nie macie litości?

Nie wiem skąd wzięła się ta rodzicielska mania, żeby małe dziecko, które śpi, przykrywać po nos i opatulać nie wiadomo jak szczelnie. Rozumiem troskę, bo sam jestem zatroskanym rodzicem i chcę aby moje dzieci były cały czas zdrowe. Nie zmienia to jednak faktu, że nie chcę aby uczyły się chowania pod grubymi warstwami ubrań, a co gorsza, odkręcania kaloryferów na 30 stopni i robienia tropików w domu, gdy tylko przyjdzie pierwszy, delikatny mróz na dworze. Nie chcę aby przyzwyczaiły się do ubierania w najgrubsze ubrania za każdym razem, gdy trzeba wyjść z domu.

No dobrze, ale mówiliśmy o upałach i uciążliwych nocach. Przychodzi upał, a my nie wiemy dokładnie jak ubrać nasze dziecko. Zastanawiamy się nad tym jak najlepiej uchronić nasze maluchy przed palącym słońcem oraz jego wpływem na nasze pociechy. Ile jest internetowych poradników i artykułów w gazetach, tyle jest również różnych zachowań rodziców. My z żoną preferujemy podejście do tematu od strony tego małego dziecka. W zasadzie w tej kwestii prym wiedzie Ania i to ona wie najlepiej jak, co i kiedy. Ja jestem czasami wyłącznie pasażerem na gapę, który się czegoś uczy.

Wiem jednak, że ochrona dzieci nie polega wyłącznie na tym, żeby ograniczać mu kontakt ze światem zewnętrznym. Dziecko na spacerach musi oddychać i nie może się przegrzewać śpiąc na przykład w wózku. To jest główna zasada, której powinniśmy się trzymać.

To co uważam za słuszne i konieczne, przedstawiam poniżej. Do brzegu więc…

Zasady są proste:

Po pierwsze: Nie rób dziecku tego, czego sam nie zrobiłbyś sobie. Dziecko to nie dinozaur, nie czeka go epoka lodowcowa.
Po drugie: Daj dziecku dużo pić. Nawet jeśli samo nie wie, że chce. Wyprzedaj jego pragnienie. Bądź jak Sprite.
Po trzecie: Zawsze miej dla dziecka przewiewną czapkę na słońce i krem z filtrem. Bez tego nie ruszaj się z domu. I co najważniejsze, to co wiedzą wszyscy rozsądni rodzice – nigdy nie wychodź z dzieckiem w największy upał na dwór, bo to przesada. Dzień letni jest wystarczająco długi, żeby zorganizować spacer.
Po czwarte: Żadnych grubych czapek w okresie wiosenno – jesiennym, szalików, poduszek, grubych kocyków. Daj dziecku oddychać.
Po piąte: Podczas letnich upałów staraj się trzymać dziecko w cieniu. Słońce tylko trochę do pluskania się w wodzie lub baseniku. W cieniu dziecku może by ć chłodno gdy się kąpie.
Po szóste: Nie zakładaj dziecku grubych bodziaków, śpiochów i innych rzeczy, które spowodują, że maluch się ugotuje, spoci i odparzy wszystko co można sobie odparzyć.
Po siódme: Jeśli nadal nie zrozumiałeś i chcesz wiedzieć jak czuje się Twoje dziecko w wózku. Wejdź do samochodu w upale i zamknij drzwi. Możesz otworzyć okna. Zobaczymy jak długo wytrzymasz i będzie Ci miło.


Podziel się nami ze znajomymi. Będzie nam bardzo miło
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  • Kiedy nasza córka zaczynała raczkowac mieszkaliśmy akurat w mieszkaniu gdzie wszedzie były kafelki na podłodze – wszędzie! Musiała więc po tych kafelkach raczkować, a poniewaz było lato to często tak zasuwała w samym body albo i w samej pieluszce. Kiedy moi rodzice to ujrzeli – o zgrozo, co my robimy biednemu dziecku!
    Córka nie lubi być zbyt ciepło ubrana, sciśga skaretki i śpi tylko w koszulce, nawet w zimę (ale pod kołdrą). Ja sie akurat z tego cieszę, bo wolę żeby była zahartowana niż przegrzewana. Na razie chorób nie było więc może to nie takie złe co robimy 😉

    • Im bardziej hermetycznie, tym dziecko jest mniej odporne na otoczenie. Niestety wielu ludzi nie patrzy na sprawy przyszłościowo. Dziecko i tak w końcu będzie miało kontakt ze światem zewnętrznym, więc lepiej pozwolić na naturalny rozwój wydarzeń, niż trzymać pod jakimś nadopiekuńczym kloszem. Zarazki, bakterie i bród towarzyszą nam nawet w domu, więc nie dziwmy się, że poza nim jest podobnie.

      To, że dziecko nie choruje, to tylko się cieszyć. Nasza starsza córka też nie chorowała, póki nie poszła do żłobka. Wtedy się zaczęło. No i choruje, bo a to przeziębienie, a to tamto. Nie da się tego uniknąć. Wszystko zależy od tego, jak dziecko jest chowane. Jeżeli będzie skrywane przed światem, to będzie chorowało w przedszkolu, a nie w żłobku. Każdy musi się czasami wychorować, bo tak to już jest z tym układem odpornościowym. Raz jest silny, a raz po prostu idzie na wakacje i każe nam się męczyć z gorączką 🙂