Bez moich dzieci i żony jestem niewyraźny


 

Ok ktoś może się nie zgodzić ze mną, bo dzieci to tylko utrapienie, marudzenie, płacz i takie tam. Do tego człowiek się nie wysypia i całymi dniami musi o nich myśleć. Błąd. Nie myślę o nich, bo muszę tylko dlatego, że chcę i czuję wewnętrzną potrzebę. Posiadanie dzieci i żony pozwoliło mi na wykluczenie z życia tego, co jest mało ważne i skupić się na tym, co ma największe znaczenie. Będąc sam człowiek jest egoistą albo przynajmniej egocentrykiem. Gdy w grę wchodzi rodzina, priorytety zupełnie się zmieniają i nie jest już tak kolorowo, jakbyśmy chcieli. Co prawda nadal chcemy spędzić czas całkiem sami, ale dzieci skutecznie weryfikują tą nieprawidłowość.

Bez mojej rodziny czuję się jakbym nie zażył dziennej dawki witaminy C. To ona dodaje mi energii do działania i pracy. Mam trzy samice w domu i uwierzcie mi, a ten kto również żyje z trzema babami może powiedzieć, że w kółko jak nie jedna, to druga musi na coś pomarudzić, złościć się lub po prostu się obrazić. Uwielbiam jednak w nich ten nieposkromiony optymizm, który pozwala im na codzienną walkę z rzeczywistością. Mając pod ręką taką dawkę emocji i nieskończonego marudzenia, zbudowałem swój bastion spokoju, w którym czuję się najlepiej. Moje dzieci i żona również.

 


Najmniejsze drobiazgi, które sprawiają, że wiem gdzie jestem


 

Codziennie zmagam się z bałaganem, ale nie takim brudnym, zakurzonym i wstrętnym. Zmagam się z podstępnie porozrzucanymi zabawkami po całym domu. Każdego dnia rano muszę spychać je na bok, co nic nie daje, bo po chwili znów jakimś niewiadomym sposobem znajdują się na środku pokoju lub przejścia z jednego pomieszczenia do drugiego. Każde dziecko ma tą swoją zdolność do zastawiania pułapek na swoich rodziców. Szczególnie przyjemnie jest rano, gdy jeszcze człowiek nie jest rozbudzony i wpada stopą na któryś z klocków albo jakiś samochodzik. Fajnie jest również uderzyć kością piszczelową w coś większego. Jakąś wywrotkę, bujaną biedronkę czy stoliczek edukacyjny. Gorzej, gdy na drodze stanie piłka, która jest tak mała, że można się na niej przejechać i wywinąć kozła, ale to nic. Nie jestem ze szkła. Z cukru też nie jestem.

W sobotę i niedzielę wstajemy o 6:00, czasami troszkę wcześniej, bo weekend jest najlepszym czasem na dłuższą zabawę z rodzicami, więc wszyscy, chcąc nie chcąc, wstajemy radośnie. No dobra radośnie to może tylko moje dzieci. Bez tego wstawania jednak byłoby smutno, nudno i cicho, a jedynym dźwiękiem, jaki byłby słyszalny w naszym pokoju, okazałby się telewizor i poranny program telewizyjny. Dodatkowo mielibyśmy z żoną czas na troszkę więcej snu, poranny seks i wspólne śniadanie w łóżku, a tak mamy dzieci. Od samego rana wrzeszczące, bo głodne. Hałas nie jest już taki straszny, gdy zasiadamy wszyscy do śniadania. Właśnie tak. to jest to, czego brakuje w samotnym życiu, wspólnego, rodzinnego śniadania z żona i swoimi dziećmi. Podczas obiadu jest to samo. Kto ma rodzinę i dzieci, ten wie jakie potrafią być przyjemne śniadania i obiady zjadane wspólnie. Mogą być również koszmarne, bo bałagan i napaskudzone jedzeniem wszędzie, a dzieci wyglądają często jak małe zwierzątka spuszczone ze smyczy.

Codzienne rytuały, którymi się poddajemy również są tym, co lubię w posiadaniu rodziny. Tylko dzieci Cię mogą zaskoczyć, ale poza tym wiem co będę robił. Jeżeli nie mam wiele pracy, to idziemy do parku na spacer. Po obiedzie, zgodnie z zasadami codziennego trybu od poniedziałku do piątku, idziemy znów na spacer i plac zabaw.

W niedzielę rano nie leczę kaca. Nie leżę zdechły po imprezie z butelką piwa i resztkami pizzy rozrzuconymi dookoła mnie. Budzą mnie moje klony. Czasami od żony dostanę kopa, gdy śpię za długo według niej. Jeżeli nie zwlokę się z łóżka, to robię za wielbłąda, a gdy już poradzę sobie z przyciąganiem łóżka, siadam i przyglądam się jakiej zabawy elementem się stanę, a gdy mam totalnie złą reakcję na walkę z grawitacją, kładę się po prostu na plecach i niech się dzieje co chce. Mogą mnie tarmosić, skakać po mnie i układać zabawki, a nawet jeździć samochodami po rękach, brzuchu i głowie. Mogą wkładać mi do buzi samochody i klocki, a w oko swoje paluchy. Mogą też po prostu płożyć się na mnie i przytulić. Spojrzeć mi prosto w oczy i uśmiechnąć się serdecznie, jak radosne dziecko do swojego taty.

Zdarza się, że pracuję w weekend. Również w niedzielę. Nie mogę powiedzieć, że jestem oazą spokoju i opanowania, bo nie jestem i czasami potrafię być zły. Uwielbiam jednak gdy moje dzieci podchodzą do mnie, pokazują jakieś zabawki albo chcą, żebym coś dla nich zrobił. Wiem, że nie mam czasu, bo goni mnie jakiś termin, ale te chwile z dziećmi powodują, że zapominam o pewnych ważnych sprawach, bo gdy podchodzą do mnie, czuje się jakbym był w czymś wyróżniony.

W każdej chwili, gdy tylko tego potrzebuję lub chcę, mogę podejść i po prostu wziąć każdą z córek w ramiona. Przytulić, ucałować. Codziennie spoglądam kątem oka zza mojego monitora. Często przyglądam się zabawom moich córek na dywanie. Widzę jak bardzo lubią się bawić ze sobą, robiąc przy tym ten wspaniały nieporządek. Zanim zacznie się prawdziwa zabawa, wszystkie zabawki muszą być wyciągnięte. Wszystko musi być pod ręką w każdej chwili, więc daremne są próby posprzątania tej koncepcji. I powiem Wam, że przyzwyczaiłem się do tego stanu. Nie przeszkadza mi ten bałagan. Nie przeszkadzają mi zabawki, a nawet traktuję je jako element dekoracyjny naszego mieszkania. Przynajmniej wiadomo, że tak, jak w reklamie procesorów Intela – Dzieci Inside… Czyli najlepszy wkład dla stworzenia rodzinnej atmosfery.

 


Wszystko musi być zaplanowane


 

Gdziekolwiek nie jedziemy, wszystko musi być dokładnie zaplanowane. Nie może niczego zabraknąć podczas wyjazdu. To nie jest tylko wzięcie sobie plecaka lub torby podróżnej, to nie jest również wyłącznie zapakowanie ręczników, piweczka, kiełbasek i grilla. Gdy jedziemy na dłużej, bierzemy walizy plus plecaki. Wszystko musi się zmieścić, bo ubrania na przebranie, a to takie, a to inne. Do tego zabawki. Koniecznie cały plecak zabawek. Poza tym rowerek albo hulajnoga i ten przeklęty wózek dziecięcy. Wiadomo, że musimy również spakować nosidła i chusty. Bez tego ani rusz. Jedzenie na drogę również musi się znaleźć, bo jedynym przydrożnym przystankiem dla nas jest wstąpienie do Maka na kawę.

Wyjazdy krótkie nie są lepsze, bo z noclegiem i tak zawsze musimy zabierać łóżeczko turystyczne dla młodszej. Całodzienne wycieczki nad jezioro czy w góry również muszą być przygotowane. W góry bierzemy tylko to, co potrzebne, a dzieci lądują na plecach, ale wypad nad jezioro, to już inna para kaloszy. Aby zrobić grilla nad jeziorem z dziećmi trzeba najpierw wziąć zabawki normalne, zabawki kąpielowe i dmuchane gadżety. Do tego najlepiej przenośny namiot plażowy, żeby w razie zmęczenia klony miały gdzie się przespać w upale.

Moja żona jest mistrzem planowania wszystkich wycieczek i krótkich wypadów poza miasto. Ja jestem wyłącznie kierowcą i obserwatorem i czasami coś sobie napiszę na blogu, żeby upamiętnić chwile spędzone z rodziną. Bardzo lubię zorganizowanie mojej żony oraz jej głowę do pamiętania o wszystkim. Bez niej miałbym dosłownie przesrane. Mamy więc dość sensowny podział na władzę ustawodawczą i wykonawczą, dzięki czemu demokratycznie dogadujemy się w sprawach wyjazdowych.

 


Moje życie bez rodziny


 

Myślę sobie, spoglądając czasami na moje dzieci jakby wyglądało moje życie takie poukładane. Bez ich obecności, hałasu, śmiechu i rozrzucania zabawek. Siedziałbym w ciszy i skupieniu. Nie spojrzałbym nawet na dywan.

W ogóle nie spoglądałbym dookoła siebie, a cokolwiek rzucone na podłogę mogłoby nie być zauważone, bo nie byłoby małego dziecka, które od razu weźmie to do rączek i będzie sobie oglądało albo brało do buzi. Nie musiałbym przejmować się, że blisko krawędzi blatu stołu leży widelec, nóż albo stoi kubek z gorącą kawą. Nie skupiałbym swojej uwagi na tym, czy nie leży na podłodze coś niepożądanego dla małego dziecka. Nie przejmowałbym się, gdy dziecko śpi obok, zastanawiać się czy oddycha i co chwila sprawdzać jego oddech. Nie musiałbym uważać na to, co jem. Nie musiałbym kupować tylu owoców i warzyw. Mógłbym jeść wszystko, bez obawy, że zostanę zauważony przez dzieci i będę musiał wmawiać, że to tylko dla dorosłych.

Nie musiałbym przebijać się każdego ranka przez dywan zabawek, które porozrzucane stanowią pułapkę na moje nogi. Nie musiałbym patrzeć pod nogi albo dookoła siebie. Nie musiałbym wychodząc z łazienki uważać, żeby nie otworzyć drzwi szybko i szeroko, bo mógłbym trafić jedną z moich córek. Nie musiałbym również mieć baczności na to, co robią i gdzie wchodzą. Nie spoglądałbym z przerażeniem, jak chcą grzebać w worku na śmieci, który dopiero co wziąłem z kubła. Nie patrzałbym z niedowierzaniem jak moje dziecko chce zamieszać ręką w kiblu.

Nie miałbym bałaganu i okruszków wszędzie tam, gdzie to tylko możliwe, a żona nie załamywałaby rąk za każdym razem, gdy po sprzątaniu nagle okazuje się, że za chwilę trzeba znowu posprzątać, bo wszędzie walają się kawałki bułek.

Nie miałbym… eee to głupie.

Nie miałbym nieskończonej miłości, słodkich buziaków, przytulania, nieposkromionej radości, codziennej dawki uśmiechów, wyzwania i super zabawy z dzieciakami. Nie miałbym dla kogo żyć, starać się kształtować świadomości rodzicielskiej, ale również nie zachowałbym dziecka w swoim wnętrzu. Nie umiałbym uczyć się cierpliwości i sztuki negocjacji… W zasadzie to życie byłoby jakieś gówniane…

Czy podobał Ci się ten wpis?

Oceń nas, jeśli tylko chcesz

Cześć Wam drogie mamy i drodzy ojcowie. Jeżeli podobał się Wam nasz wpis, oceńcie go lub zostawcie nam swój komentarz. Każda aktywność oraz ocena z Waszej strony jest dla nas ważna. Uwagi oraz konstruktywna krytyk a również i pomogą nam w jeszcze lepszym prowadzeniu bloga. Dzięki z góry i życzymy miłego czytania naszego małego punktu widzenia…

Sending
User Review
3 (3 votes)