Nasze dzieci to mali tytani i niezmordowani herosi, którzy walczą każdego dnia


 

Obserwuję moją starszą córkę – Aleksandrę już prawie 3 lata, a młodszą – Alicję niecałe 9 miesięcy i mimo tego, że jestem rodzicem, jestem również dorosłym człowiekiem, w pewien sposób ułożonym, posiadającym swoje poglądy, ale również przywary i przyzwyczajenia pielęgnowane przez lata mojego życia. To ja. Osobnik homo sapiens, który wszystkie etapy dorastania już dawno ma za sobą. Nie pamiętam jak to jest rodzić się, uczyć się panować nas swoim ciałem, załatwiania się do kibla czy po prostu mówienia. Nie przypomnę sobie z pewnością jak to jest uczyć się wszystkiego od nowa.

Tak naprawdę w dorosłym życiu uczymy się wyłącznie tego, czego chcemy się dowiedzieć. Na przykład posługiwania się komputerem albo języka angielskiego czy chińskiego. Możemy się tego nauczyć w dowolnym momencie dorosłości. Nasze dzieci mają zupełnie inaczej. One uczą się tego, czego muszą się nauczyć, żeby żyć i dorastać. To dla nich ciężka praca, codzienna harówka i dążenie do wejścia w życie. Nie tylko rodzinne, ale również społeczne. Warto czasami zastanowić się na tym, że wszystko to, co wiemy my nasze dzieci dopiero poznają i nie jest to dla nich tak oczywiste i świadome, jak dla nas.

Zdarza się przecież, że czegoś nie rozumiemy albo nie chcemy zrozumieć tylko dlatego, że coś co robi nasze dziecko, jest dla nas tak normalne, że zapomnieliśmy już dawno gdy sami uczyliśmy się pewnych gestów, zachowań, kroków czy używania najprostszych słów.

 


Odkąd jestem w brzuchu, walczę i pracuję


 

Dzieci to taka ciekawa jednostka militarna, która ciągle i nieprzerwanie walczy. O coś. Dla kogoś. Po coś. To nie tak jak my. Skostniali. Zasypani obowiązkami. Opodatkowani. O nie! Bycie dzieckiem to zupełnie odmienny stan duchowy i umysłowy. Bycie małym dzieckiem, to ciągła walka, nauka i rygor, który wymaga dużo siły i energii, ale przede wszystkim dużej ilości poczęstunku i snu.

W brzuchu mamy jest ciepło i spokojnie. Dziecko ma swoje warunki, które sprzyjają rozwojowi. Póki jest małe, to w porządku. Mama nażre się słodyczy i ogórków kiszonych, poleci pępowinką prosto do brzucha i jest fajnie. Do snu utuli mama masując swój brzuch, a kołysankę wystuka serce. Czego chcieć więcej? Niestety ten błogi stan trwa tylko kilka miesięcy, bo na sam koniec robi się ciasno i trochę brakuje miejsca na ruch, więc powoli trzeba zastanawiać się na wyjściem z tego klaustrofobicznego pomieszczenia. Tylko co będzie na zewnątrz? W brzuchu mamy jest tak ciepło, żarci leci samo prosto przez rurkę. W zasadzie to dziecko nic nie musi robić, tylko od czasu do czasu kopnąć matkę w bebechy albo żebra, żeby przypomnieć o swojej obecności. No i tyle. Pełna symbioza…

No dobra. Dziecko musi w końcu wyjść. W porządku. Wiedzą to wszyscy dookoła, ale nasze dziecko nie ma pojęcia co się dzieje. Nie dość, że musi się przeciskać przez jakąś wąską rurkę, to jeszcze jakieś zimne i jasne światło na samym końcu. To jakiś koszmar. W porządku, gdy mama mimo prób i starań będzie miała cesarskie cięcie i dziecko wyciągną lekarze, ale gdy musi się przecisnąć i razem z mamą wykonać tytaniczną pracę, to już inna bajka. A później nic tylko zimno i jasno. Trzeba powoli oczy otwierać. I żeby to jeszcze było coś przyjemnego, a tu przychodzą, biorą, przerzucają z rąk do rąk. Jeden mierzy, waży, coś tam dotyka. Drugi bierze… Ooo, już teraz cieplej. Nawet bardziej niż cieplej. No bardzo dobrze się robi. A to tata. I gapi się jakby nie widział człowieka. Coś tak jakby dźwięk, ale nie wiadomo co to. No i to jasne światło. No i w końcu dziecko zmęczone zasypia, bo za dużo wrażeń… I tak w kółko i w kółko, zanim nie będzie czegoś lepszego do robienia…

 


Dziecko uczy się jak żyć – to mega wyzwanie


 

Kiedy dziecko jest w domu z rodzicami, powoli uczy się życia. Na początku przede wszystkim wydziera się i śpi, no bo co ma robić. Ani się ruszyć, ani nic powiedzieć. Totalnie ciało nie przygotowane do jakiejkolwiek aktywności. No więc trzeba się uczyć. Rodzice noszą. Mama wyciąga bufet i nic tylko żarcie, kupka, żarcie kupka… Ważne, że to wakacje all inclusive i nie trzeba sobie z niczym samemu radzić.

Później przychodzi czas, gdy wszystko się zmienia, chociaż nadal to wakacje “pod gruszą”. Mogę robić co chcę, a w zasadzie tyle, na ile mogę, rodzice nadal noszą, podają wszystko na tacy i tak dalej. Jakoś się kręci. W zasadzie niewiele dziecko rozumie i nie ma zielonego pojęcia co rodzice mówią, ale przez pierwsze miesiące życia cieszy się i szczerzy dziąsła, no bo to rodzice i pewnie mówią coś fajnego. A jeśli się uśmiechają, to na pewno musi być fajne, więc dziecko też się śmieje…

Ok, ale pisałem o tytanicznej pracy i walce z przeciwnościami losu. No cóż, w pierwszych tygodniach to jest koszmar. Wszystko lata, nie trzyma się kupy, ciało odmawia posłuszeństwa i rodzice muszą asekurować nawet głowę, bo ta jakoś nie chce stać w miejscu. Prawie jak warzywko, ale później przychodzi światełko w tunelu, bo oto głowa jakoś zaczyna się trzymać pionowo i nie jest tak źle. Ręce nadal biegają we wszystkie strony i w zasadzie dziecko nie ma pojęcia, że je ma. Nogi zresztą też to jakby inna część nie tego ciała.

Zanim dziecko usiądzie, mija pół roku zazwyczaj, do tego czasu musi się nauczyć tak wielu rzeczy i przygotować do siadania, że głowa mała. To całe trzymanie główki, przekręcanie się z boku na bok i leżenie na brzuchu, czołganie i takie tam. A gdzie tu mówić o siadaniu, raczkowaniu i w końcu o chodzeniu.

Dziecko głównie śpi i je. Bardzo często i niekiedy bardzo dużo. W końcu każdego dnia nasze dziecko czuje się jak na siłce. Podnoszenie, podciąganie, przerzucanie, przekręcanie no i w końcu raczkowanie i pierwsze próby, żeby opierając się o wersalkę lub nogi mamy, zrobić pierwsze kroki – to bardzo wyczerpujące dla mięśni, które dopiero zaczynają poznawać co to jest wysiłek fizyczny. A jak wygląda sytuacja w tym czasie z komunikacją? No jest jakaś. Wprawdzie dziecko nie ma za wiele do powiedzenia, ale przecież nie od razu Rzym zbudowano. Nadal jednak naśladuje się rodziców i chociaż oni mówią coś i bardzo szybko, to ważne, że się uśmiechają. Znaczy, że wszystko co dziecko robi, jest super…

 


Nauka, nauka, nauka i ciągła praca, to codzienność dziecka


 

Mówi się, że dziecko bawi się codziennie. W domu walają się zabawki, a wszystkie wysiłki skierowane są na zabawę. Tak naprawdę to praca. Można powiedzieć, że dziecko pracuje cały dzień, z przerwami na sen i jedzenie. Przyglądam się mojej młodszej córce – Alicji i zastanawiam się jak to jest, że takie małe dziecko ma tyle energii w sobie i życia. Całe jej życie w tej chwili opiera się na podnoszeniu, podciąganiu, raczkowaniu i stawaniu przy wszystkim , przy czym można by stanąć i poobserwować świat z innej perspektywy.

Od samego początku, jak każdy rodzic, obserwuje moje córki i patrzę jak walczą, a największa walką, to ta z grawitacją. Chciałoby się niczym w bajce lewitować nad podłogą albo po prostu pofrunąć. Niestety ziemska grawitacja sprawia, że zwykle upadamy z hukiem. Głowa sama opada, ręce są nieposłuszne, a nogi? ach te nogi. Nie chcą iść same i ciągle jakieś takie ciężkie i nieporadne. Zanim się zapanuje nad tą całą maszynerią, mija czasami więcej, niż dwanaście miesięcy. Do tego jeszcze nadal rodzice mówią w jakimś obcym języku, który jest jeszcze zbyt trudny do ogarnięcia w całości, ale się uśmiechają, więc musi być zajebiście…

No i co dalej? Dziecko stoi, zaczyna chodzić. Stawia pierwsze kroki, bo chce już nadążać za mamą i tatą. Poza tym oni tak chodzą, więc to musi być fajne. Tylko ta ciągła walka z grawitacją i wstawanie, upadanie i znów wstawanie. To zbyt męczące, więc trzeba się porządnie najeść, iść spać i później znów będzie kolejna lekcja sztuki chodzenia bez trzymanki.

 


Samodzielne dziecko, dobre maniery, a nerwice rodziców


 

Dziecko oprócz nauki całego życia, uczy się również sztuki dobrych manier. Na samym początku rodzice chcąc nie chcąc, muszą malucha karmić. Wprowadzać nowe żarcie, bo nikt niemowlakowi nie da od razu do żarcia pizzy i frytek. Po pierwsze nie zje, po drugie nie pogryzie, a po trzecie to mogłoby je zabić. Cały organizm uczy się sztuki życia, więc nie ma się co dziwić, że nasze dziecko nie potrafi nawet ssać, a co dopiero coś przeżuwać dziąsłami. No więc nie dość, że uczy się dziecko jedzenie, to trzeba uważać na to, co je mama karmiąca, bo mogą być wzdęcia, uczulenia, alergie, złe kupki i inne niestworzone rzeczy. dlaczego? no tylko dlatego, że w przeciwieństwie do nas, dziecko jadło przez słomkę od razu do brzucha. Nie ma zielonego pojęcia jak jeść buzią.

Początki zawsze są bardzo trudne. Pierwsze jedzenie, to walka z rękami, które nie są zbyt posłuszne. Jedzenie wygląda w ten sposób, że dziecko je całym sobą, ale póki rodzice się uśmiechają, to jest fajnie…

Z wiekiem jest jednak gorzej. O ile małe dziecko do roku raczej zjada prawie wszystko i zwykle nie je samo, o tyle starsze dzieci, obserwując na przykład moją starszą córkę, nie dość, że nie mają w zwyczaju jeść wartościowych rzeczy i zwykle wymyślają na śniadanie, obiad i kolację jak nie owoce, biszkopty, chrupki itp, to jeszcze jedzą jak małe prosiaki. Czasami załamuję ręce, bo mimo dwóch ścierek, wielkiego śliniaka i pełnej koncentracji, dziecko i tak oznaczy swoje otoczenie ziemniakami, burakami i wszystkim tym, co akurat jest najbardziej złośliwe do wyprania. Widelec? no co Ty. Czasami się przydaje, ale najlepiej sobie pogrzebać w zupie palcami, a ziemniaki szybciej wejdą do buzi przy użyciu rączek, a nie widelca, na który nic się nie chce nadziać.

Równoważąc jednak fakt ile ja już jem nożem i widelcem, a ile moje dziecko miało przez swoje dwu czy trzyletnie życie, widelec w ręku, pukam się w głowę i myślę: “ogarnij się, przecież masz 30 lat doświadczenia więcej od tego biednego dzieciaka”.

 


Rodzicu uspokój się – Twoje dziecko dopiero buduje swoje portfolio


 

Ze wszystkim co robi dziecko jest tak, że zwykle dzieli nas kilkadziesiąt lat zdobywanego doświadczenia. Biorąc pod uwagę mój wiek i mojej starsze córki, która w tym roku kończy 3 lata, myślę sobie: “przecież mam 31 lat przewagi nad nią”. Ponad ćwierć wieku obycia z nożem widelcem i swoim ciałem. Widelec czasami upuszczę, przewrócę się niekiedy, a i czasami zgubie równowagę, bo akurat źle stąpnę na krawężnik albo korzeń drzewa w parku. Tragedia gotowa.

Dziecko brudzi ubrania. Spoko, Ty też czasami chlapniesz sobie kawą, herbatą albo ciastkiem i nie robisz z tego wielkiej tragedii. Po prostu wrzucasz ciuchy do pralki. Powiesz: “ale dzieci robią to notorycznie. Już brak mi siły”. Trudno. Dziecko uczy się dopiero panować nad swoimi ruchami i jeżeli coś mu się nie udaje, to znaczy tylko, że potrzebuje jeszcze czasu na to, żeby posługiwać się rękami i sztućcami tak sprawnie jak my. Może kiedyś będzie rzucało nożami w dziesiątkę w tarczę lub żonglować tasakami kuchennymi, ale nie dzisiaj. Teraz uczy się po prostu samodzielności.

A gdy dziecko się przewraca na prostej drodze? Czasami idziemy w niedzielę całą rodziną i nagle prawie trzyletnie dziecko upada, potykając się o swoje nogi. Nowe lub lepsze ciuszki w jednej chwili brudne są od ziemi, trawy itp. Widzimy nasze starania jak odchodzą w siną dal, a dziecko po prostu podnosi się i idzie dalej. No cóż, to tylko nasze starania, a nie dziecka. Mimo wszystko uczy się jeszcze dobrze chodzić, biegać i skakać, a to jakie ubranie ma na sobie raczej nie robi na naszym dziecku większej różnicy.

Ważniejszą rzeczą dla naszego dziecka jest zwykle to, czy uda się powariować na placu zabaw, pobiegać po trawie, zjechać na zjeżdżalni albo wpaść do piaskownicy i obsypać się piaskiem. Nie myślcie jednak, że wszystko to takie proste. Na zjeżdżalnię trzeba się wspiąć, a do piaskownicy pobiec, no i jeszcze ten ciężki piasek, po którym bieganie w butach jest strasznie męczące. Na koniec jeszcze trzeba pobiegać po łące i pozbierać kwiatki. Więc znów bieganie, schylanie i tak w kółko. No ciągła praca, mówię Wam…

Czy podobał Ci się ten wpis?

Prosimy oceń nas

Drogi czytelniku, jeżeli podoba Ci się ten wpis, oceń nas dając gwiazdkę lub pisząc komentarz. Każda Twoja aktywność, jest dla nas cenna i nie pozostaniemy Ci dłużni. Fajnie, że chcesz czytać nasze wpisy.

Sending
User Review
5 (1 vote)