Chcemy być lubiani, dostrzegani, fajni. Dziecko wcale się nie stara, ono po prostu jest same z siebie gwiazdą


Od samego początku naszego istnienia na świecie uczymy się przystosowywać do otaczającego środowiska. Próbujemy się dopasować, utożsamić z pewnymi ideałami i uczyć wszystkiego co nas interesuje. Na naukę życia wykorzystujemy każdą, wolną chwilę nie będąc świadomi, że nawet nic nie robiąc uczymy się czegoś nowego lub poznajemy nowe aspekty spędzania swojego czasu, który jest liczony odkąd po raz pierwszy otworzymy oczy lub też zabije nasze serce.

Interakcje ze światem to nasz podstawowy budulec świadomości i własnej osoby. Czuję to zawsze, gdy dowiaduję się czegoś, czego jeszcze nie wiedziałem. To zajebiste uczucie. Wiem jednak, że nasza świadomość, charakter i odmienne spojrzenie na świat, może w różny sposób wpływać na naszą osobowość i relacje ze światem. Brzmi dość nudno prawda? Zgadzam się bo definiowanie czegokolwiek jest strasznie nużące. Zazwyczaj próbujemy się wymądrzać, zamiast poznawać życie podobnie do naszego dziecka. Z radością, ciekawością i zabawą. Niektórych rzeczy się nie da w dorosłym świecie. Wiem, ale wszystko co jest możliwe do poznania w formie zabawy, traktujmy jakby nie miało swoich reguł i utartych wniosków, a będzie wesoło.

 


Chcemy być idealni, lubiani, fajni i dostrzegani. To nic złego, póki na siłę nie staramy się dopasować do wszystkich


Pamiętam czas, gdy w podstawówce, a później liceum pełno było szkolnych idoli, którzy otaczali się w jakiś dziwny sposób gronem zaufanych “wiernych”. Zawsze próbowałem pojąć ten fenomen. Nie mówię, że nie byłem w jakimś gronie popularny, ale nie byłem szkolnym idolem i zastanawiałem się o co chodzi. Przecież nie byliśmy doświadczeni, bogaci, sławni ani specjalnie mądrzy. Już na pewno nie byłem oczytany w wieku 12 czy 16 lat. Co prawda czytałem i lubiłem zanurzyć się na długie godziny w ciekawej historii, ale cóż ja mogłem wtedy wiedzieć.

Teraz wiem, że bycie idolem było uzależnione od pewnych czynników, które wychwytywaliśmy, drobnostek budujących całokształt. Uroda, fajny ubiór i tego typu błahostki, którym w zasadzie usilnie ulegamy przez całe nasze życie. No do tego wszystkiego dochodzi jeszcze mądrość, pieniądze i poczucie humoru. Zapewne tak odpowiedziałaby niejedna kobieta.

To śmieszne nieprawdaż? Budujemy schemat wartości, który w odpowiedniej konstelacji, tworzy dla nas podświadomie obraz osoby, którą uznajemy za godną uwagi. A gdybyśmy wrócili do naszego dzieciństwa? Jakbyśmy się niesamowicie zdziwili. Wystarczyło wiedzieć, że mama to mama, a tata to tata i wszystko było jasne. Może to tylko wyłącznie dlatego, że świat poznawaliśmy dopiero po małym kawałku i nasza świadomość nie pozwalała zagłębiać się w bardziej zawiłe uliczki ideologii bycia idolem. Bo czy rocznemu dziecku można powiedzieć kim jest znany, amerykański piosenkarz albo aktor? Chyba nie bardzo.

 


Dziecko jest gwiazdą, idolem i dobrze o tym wie.


To prawda. Przez całe nasze dorosłe życie, lub też począwszy od pewnego wieku, nasze jestestwo jest uzależnione od kontaktów z otoczeniem w pewien utarty sposób. Staramy się być jego częścią, ale przede wszystkim być przez nie akceptowanymi.

Wielokrotnie obserwowałem naszą córkę i doszedłem do wniosku, że ona sama z siebie jest przebojowa, jest naszym idolem i to nie dlatego, że jest naszym dzieckiem, ale dlatego, że po prostu robi to, co lubi. Nie działa z automatu, jest w pełni kreatywna i nigdy nie wiadomo co akurat zrobi. My mamy pewne utarte schematy działania i postępowania, oraz operowania naszymi relacjami ze światem. Małe dziecko działa zupełnie inaczej, nic nie jest uschematyzowane. I mimo, że potrzebuje jakiegoś stałego systemu działania, bo jak wiemy dzieci nie lubią dużych zmian, to Aleksandra jest niczym czarodziejka, która w danym momencie tworzy kolejną, losową historię, która ma pewne podłoże niezależności i swobody. Nie ma świadomości upływającego czasu, nie pilnuje pory spania, śniadania, obiadu i tak dalej. Do tego nie posiada poczucia zagrożenia ani własności, ale przede wszystkim nie ma czegoś takiego jak ulubiona zabawka. Wszystko co znajduje się w zasięgu wzroku, jest potencjalną rzeczą, którą można się pobawić. Starsze dzieci rozpoznają już takie rzeczy i mają możliwość wyboru pomiędzy widelcem, a ulubionymi zabawkami.

Co prawda zawsze najgłupsze i najprostsze rzeczy stają się najciekawsze, nie zmienia to jednak faktu, że z wiekiem nasza świadomość zamyka się na otaczający świat do stopnia, w którym czujemy się pewni siebie. Wyłapujemy wtedy pewne sygnały akceptacji. To jak z kawałem – sucharem, niby powiedzieliśmy coś śmiesznego i każdy uważa, że powinien się zaśmiać, ale tak naprawdę każdemu się wydaje ostatecznie, że i to jest nie na miejscu.

Małe dzieci żyją niczym szejk, który posiadając nieograniczoną ilość pieniędzy, nie martwi się o nic, z tą różnicą, że dziecko nic nie obchodzi, poza nim samym, no i muszą w pobliżu gdzieś być rodzice, żeby coś podać, nakarmić i dać pić. Oczywiście fajnie, jak czasami tata i mama się pobawią bo wtedy jest zabawnie, śmiesznie i można sobie trochę pobiegać po domu i powygłupiać się.

Czasami jednak tak spoglądam na Aleksandrę z boku i widzę jak sobie świetnie radzi sama. Nie skończyła jeszcze dwóch lat, bo to dopiero za 4 miesiące i trochę, a zachowuje się czasami, jakby nikogo nie potrzebowała do zabawy. To niesamowite. Siedzi sobie sama, mówi do mnie, ale wcale mnie nie woła do zabawy, tylko siedzi i coś układa albo przebiera się. To jej ulubione zajęcie, jak to kobieta. Zdejmuje z siebie ubrania, a następnie próbuje z powrotem je na siebie założyć. Kończy się to tym, że muszę ją ubrać bo zaczyna się denerwować, że nie umie, a widzę jak bardzo chciałaby już umieć sama się rozebrać i ubrać bez żadnej pomocy. No cóż, to jeszcze nie ten czas.

No i jakby tak się zastanowić to czy małe dziecko robi coś, żeby być fajnym? Czy dziecku chodzi o to, żeby być lubianym? Ani myśli. Robi to co chce i albo nam się to spodoba albo nie. Jeżeli coś nam się nie widzi to dziecku to nie przeszkadza bo zrobi nam na złość. W naszym zhierarchizowanym świecie czy ktoś zrobi na złość szefowi? No chyba nie. Wiem, że to zabawne porównanie, ale w końcu dziecko to nasz podopieczny i chcąc lub nie, jesteśmy odpowiedzialni za jego rozwój i pewne zachowania, których musimy je nauczyć, aby mogło żyć w społeczeństwie o ustalonych regułach postępowania i przyjętych normach formalnych i merytorycznych. A tu jak na złość ciągle się buntuje i tupie nogami.

 


Rodzice też są idolami. Dzieci widzą w nas to co najlepsze, ale tylko czasami.


Mimo, że nie jesteśmy idealni, mamy swoje przywary i różne, dziwne przyzwyczajenia to dzieci i tak będą dostrzegać w nas to, co najlepsze. Nawet wtedy gdy dorosną, wiem po sobie, będą, szczególnie posiadając własne dzieci, dostrzegać w nas to czego nie chcą, gdy bunt młodzieńczy przysłania oczy. Część z pozytywów dostrzegamy, ale nie podoba nam się uzależnienie od naszych rodziców, a wiele więcej uświadamiamy sobie, gdy zakładamy swoją własną rodzinę i zmagamy się z tymi samymi problemami, z jakimi oni się niegdyś borykali.

Począwszy od najmłodszych lat, zawsze będziemy widzieli w naszych rodzicach dobre strony. Beztroskę i wychowanie zawdzięczamy im. Nie chcę wspominać o rodzinach, które znalazły się po złej stronie wychowania, rozbitych, nieudolnych, w których dzieci cierpią, bo to jest temat na inną okazję, ale o przeciętnych rodzinach. powiedzmy statystycznie poprawnych. Taka jak moja dla przykładu.

Więc jak to jest z tymi idolami? Nie wiem jak inni, ale nie zależy mi na tym, żeby ludzie mnie lubili. Nie interesują mnie gwiazdy oraz ich życia. Po co mi ich sława i pieniądze, których nie mam i mieć nie będę? Czy to, że wydają dużo pieniędzy i mają co tylko dusza zapragnie, uczyni mnie tak samo bogatym jak oni? Czy mając ich plakaty, słuchając ich muzyki będę w stanie poczuć to co oni? Nigdy w życiu. Po co więc szukać idoli, którzy tak naprawdę nic dla nas nie znaczą. Tylko dlatego, że cały świat mówi jacy to oni sławni i wspaniali? Moim idolem i gwiazdą jest moje dziecko. Podobnie jak chciałbym, abym ja był idolem dla niego. Chciałbym uczyć i bawić, aby mogło czerpać z życia to co najlepsze. Reszta to w tym krótkim życiu dodatek, który może jedynie uświadomić nam, że warto jednak żyć własnym życiem.

Oceń ten wpis
5

Podobało Ci się?

Jeżeli odnalazłeś w naszym wpisie ciekawe informacje, oceń nasze starania. Będziemy wdzięczni za Twoje zdanie.

Sending
User Review
5 (1 vote)