Od pewnego czasu ulubionym stwierdzeniem mojego dziecka jest słowo: “NIE!” To naprawdę wkurzające, ale również nauka dla mnie.


Powtarzane wielokrotnie słowo: “NIE!”, a w zasadzie wykrzykiwane? Oczywiście. W szczególności gdy moje dziecko nie chce zjeść pieczołowicie przygotowanego obiadu lub śniadania. Patrzę wtedy i myślę: “Gdzie się podziały te czasy gdy mogłem jej wcisnąć wszystko?”. Oprócz łaknienia na słodkości, które akurat wcinają rodzice, są trzy pewne rzeczy w życiu mojej córki, które na pewno zje: naleśnik, parówka i marchewka w każdej dostępnej konfiguracji.

Nie mogę uwierzyć czasem ile w tak małym człowieczku jest skondensowanego sprzeciwu. Na początku to było słodkie. Ooo, powiedziała “nie”. To było takie miłe uczucie. Teraz już takie nie jest. Przyznaję, że można wyjść z siebie i stanąć obok, gdy maluch odpycha ręką to co mu dajemy ze stanowczym “NIE!!!” i jeszcze dodatkowo machnie łapką tak by cała zawartość łyżki albo, jak czasami się zdarzało, całej miski, lądowała na podłodze. Widziałem iskry w oczach mojej żony, ale starając się robić dobrą minę, podnosiła zmarnowany obiadek i biorąc głęboki oddech myślała co zrobić z niejadkiem.

 


Metody działania? To proste – reklamuj, smakuj, pokazuj, że to co dajesz jest dobre i przede wszystkim Tobie smakuje.


Zastanawiając się jak sobie pomóc, aby nakarmić dziecko, nie tylko tym co lubi, doszedłem do wniosku, że na cały proces karmienia składa się wiele czynników. Atmosfera w jakiej panuje karmienie, co przekłada się na humor dziecka, stan zmęczenia, niechęć do zmian, zbyt duży tłok ludzi w domu, za dużo bodźców z otoczenia i wiele innych. Kiedy się temu głębiej przyjrzeć, wychodzi spora lista rzeczy do wyeliminowania. Każdy chciałby, aby jego dziecko dobrze jadło, najadało się i jeszcze wcinało nie tylko to co lubi najbardziej.

Przede wszystkim atmosfera. Kiedy dziecko się cieszy to i jedzenie łatwiej przychodzi. Wiem, że trudno jest o dobrą atmosferę gdy dziecko rzuca się i krzyczy, ale jako rodzice musimy przyjmować takie zachowanie na klatę, bo my zapewne robiliśmy podobnie. Ciężko się przemóc? No jasne. Jesteśmy dorośli, ułożeni i nie rozumiemy takiego zachowania i denerwuje nas, ale dziecko ma swój świat i nie rozumie naszego podejścia póki nie dojdzie do tych samych wniosków, do których my musieliśmy dojść. Do tego jednak potrzeba naszego zaangażowania, cierpliwości i spokoju. Wiem, że to czasami trudne do zrobienia, ale inaczej się nie da.

Zmęczone dziecko = kapitalna porażka. Nie da się tego przeskoczyć. Nie zawsze wychodzi tak, że akurat dziecko jest wyspane kiedy jest pora posiłku. W zasadzie prawie nigdy chyba nie da się tak trafić idealnie.

Coraz częściej zauważam, że Aleksandra chętnie chce jeść i je to co widzi, że razem z żoną jemy. Ostatnio na śniadanie zrobiłem kanapki z serem i szynką. Osobiście zjadłbym w chwilę. Aleksandra mówi: “NIE!!!” – no to próbuję, mówię jakie to dobre, mniam, mniam i zjadam powoli. Nie mogła patrzeć, że ojciec zjada i mu smakuje no to postanowiła, że też spróbuje. Zjadła wszystko. Znaczy, że dobre. Na koniec parówka i śniadanie obfite jak należy. Kaszka na śniadanie? Spoko bo słodkie są wszystkie, więc czemu by nie zjeść.
Sprawę z białym serem też dało się jakoś rozwiązać. Kilka łyżeczek ojciec zjadł, znaczy, że mu smakuje. No to dawaj ojciec, zobaczymy co Ci tak smakuje. Tragedii nie było. Gotowane jajko? Nie pachnie najlepiej, więc z dystansem, ale trochę zawsze uda się sprzedać.

 


Chcesz rozbudzić ciekawość? mieszaj smaki. Dzieci lubią różnorodność.


Co jeszcze działa? Z mojej obserwacji wynika, że przede wszystkim różnorodność. Skoro dziecko szybko się nudzi i zmienia zabawki to dlaczego nie miałoby się znudzić jednym smakiem? Skoro jemy dwa kawałki chleba, to czemu nie zrobić czterech smaków? Czterech połówek z czymś innym. Aleksandra tym sposobem jadła pasztet, szynkę, ser i na koniec trochę dżemu.

My jako dorośli znamy prawie wszystkie smaki i potrafimy sobie wyobrazić co i jak smakuje, dziecko nie bardzo. Dopiero zaczyna swoją przygodę ze smakiem, to dlaczego mielibyśmy je zniechęcać i męczyć jednym doznaniem smakowym? Bawmy się różnorodnością robiąc kolorowe kanapki.

Wiem, że trudno jest wczuć się w pozycję małego człowieka, który patrzy na nas ze zdziwieniem, jak na Chińczyka co do nas szybko po swojemu rozmawia, wymachując małymi chińskimi rączkami i nie bardzo wiemy co mu odpowiedzieć. Może właśnie powinniśmy uczestniczyć zamiast przymuszać. To trudne. Już to mówiłem. Dlaczego? Bo razem z żoną doświadczamy nie raz tego samego, ale co można zrobić? Sprawić, że dziecko wpadnie w histerię i zapomnijcie o atmosferze. Chyba nie tędy droga.

 


Pozwólmy czasem dzieciom wybierać, mieszać w żarciu i gnieść w rękach, czyli całkowicie smakować całym ciałem.


DSC_4499~2

Co może dobrze działać? Metoda BLW

Żona kiedyś rzuciła tym hasłem. Nie bardzo słuchałem bo Aleksandra była mała i nie myślałem, że to w ogóle ma sens. Teraz wiem, że ma.
Od pewnego czasu lubię eksperymentować dając Mapciowi różnego rodzaju jedzenie. Najbardziej jednak lubię jej robić tzw. “Szwedzki stół”. Do wyboru, do koloru. Oczywiście pierwsze po co sięga to marchewka. Zarówno kolorem i smakiem odbiega od innych warzyw i pulpetów zwierzęcych, więc najbardziej interesująca. Jednak gdy marchewki brak to trzeba jednak coś do buziaka włożyć, na przykład czerwonego buraka, a później? no to już same szarości, więc co popadnie i smakuje najlepiej.

Metoda BLW ma na celu dać dziecku wybór tego co chce zjeść i sprawdzić smaki, poczuć konsystencję i nauczyć, że jest wiele dobrego na świecie do zjedzenia prócz marchewki i parówek. Jak tylko mamy czas i dobre nastroje próbujemy swoich sił w batalii na żarcie. Czasami jemy w ten sposób razem. Bo paluchami się je najwygodniej.

Po więcej informacji możecie udać się na stronę:
METODA BLW

A od nas to tyle. Idziemy jeść obiad. Życzymy wszystkim smacznego.

Oceń ten wpis
5

Podobało Ci się?

Jeżeli odnalazłeś w naszym wpisie ciekawe informacje, oceń nasze starania. Będziemy wdzięczni za Twoje zdanie.

Sending
User Review
5 (1 vote)