Sugerujemy dzieciom pewne rozwiązania i zachowania. Unikajmy braku profesjonalizmu i hipokryzji


Wielokrotnie zastanawiałem się w jaki sposób rozpocząć ten wpis. Nie dawał mi przez wiele dni wytchnienia, a przecież piszę zazwyczaj jednym tchem i poprawiam ewentualne błędy merytoryczne. Tym razem to coś bardziej poważnego. Jestem na skraju pewnej teorii, która uświadomiła mi, że My – rodzice, jesteśmy czasami naprawdę niesprawiedliwi i mimo, że widzimy swoje błędy to często nawet nie staramy się ich leczyć.

Smutne jest to, że za wiele błędów i niemiłych sytuacji rodzic obwinia małe dziecko, a nie samego siebie. Prawdą bowiem jest, że będąc rodzicem, powinniśmy przede wszystkim nauczyć się brać odpowiedzialność zarówno za swoje zachowanie, jak i zachowanie dziecka. Nasza pociecha, póki nie osiągnie pewnej stabilności emocjonalnej, będzie reagować naładowaną emocjami ekspresją. Nie nauczymy dziecka panować nad emocjami, szczególnie tymi negatywnymi. Możemy próbować je wyłącznie stłumić w jakiś sposób, odwracając jego uwagę lub tworząc nową sytuację, która ma na celu pokazania czegoś ciekawszego, ewentualnie sytuacji wzbudzającej pozytywne odczucia.

Nie jest łatwo unieść się ponad własną dumę. Podobnie ciężko jest uświadomić sobie, że między nami, a naszym szkrabem jest wiele lat różnicy. To zabawne jak czasami łapię się na pouczaniu córki, jakbym rozmawiał z nastolatkiem. Po chwili uświadamiam sobie, mimo niezadowolenia z jej zachowania, że tak naprawdę mam do czynienia z małym człowiekiem, który tak naprawdę nie ma zielonego pojęcia o czym do niego mówię, a jego doświadczenia życiowe oscylują wokół domowego ogniska lub ewentualnie zabawie w żłobku, jak to jest w naszym przypadku.
Częstokroć zwyczajnie brakuje też cierpliwości. Niekiedy staramy się tak bardzo, że w ostateczności nic nam nie wychodzi lub obiera kierunek, który powoduje osiągnięcie celu innego niż zamierzony.

 


Zwracamy się czasami do dzieci tak, jak nam się podoba. To bardzo niedobrze


Zdarza się, że zwracamy się do dzieci w trybie rozkazującym. Wiem, ponieważ zdarza mi się niejednokrotnie w ten sposób się zapomnieć. Nie róbmy tego, albo róbmy jak najmniej. Zdaję sobie sprawę z tego, że jako dorośli ludzie przechodzimy pewne etapy zakłócenia komunikacji, związanych z różnicą pokoleniową, ale to co damy dziecku ono odbije nam niczym piłeczkę paletką pingpongową. Będąc pierwszą linią nauki odpowiednich zachowań, zakorzeniamy w dziecku takie wzorce, jakie sami stosujemy. Musimy sobie to powiedzieć wprost.

Zdarza się się też prosić dziecko o coś lub mówić do niego w taki sposób, że wygląda to jak: “idź, daj, przestań lub odejdź”. Znam to z autopsji i rozumiem każdego rodzica, który nie może wielokrotnie wytrzymać i mówi: “no dalej idź”, “pozbieraj to” i tak dalej. Z pewnością nie pomaga zachowanie dziecka, które mimo próśb i wielokrotnego powtarzanie tego samego, stoi, patrzy, a już nie daj boże się zacznie śmiać czy uśmiechać, udając, że to zabawa. Wiem, krew człowieka zalewa. Tylko czy nie powinniśmy pamiętać, że jedyną, dorosłą osobą oprócz nas, jest jeszcze tylko mąż lub żona? No właśnie. Chyba jednak powinniśmy.

Zdaję sobie jednocześnie sprawę, że małe dziecko ma ograniczony zasób słów, a raczej zwrotów, których uczy się przede wszystkim od rodziców. Tak to już jest. Wielokrotnie doświadczyłem tego typu historii. Czasami się zapomniałem i dziecko śmiało powtórzyło za tatusiem: “DUPA”. Uśmiać się można gdy Aleksandra powtarzała takie zwroty jak: “CZAISZ?” albo “SPOKO” czy nawet “ZIOMUŚ”, ale gdy wyrzuciło się coś nieokrzesanej treści, nie dało się przez nią tego nie zauważyć i z pełną satysfakcją nasza papużka powtarzała co usłyszała. Kiepsko, pod warunkiem, że tego nie zapamięta na dłużej, niż ta jedna sytuacja. Jeżeli zapamięta, a nam zdarzy się jeszcze kiedyś to powtórzyć, efekt będzie oczywisty, a dziecko wykorzysta to z zimną premedytacją.
Dodam, że pieszczotliwe klepnięcie żony w pupę też nie wchodzi w grę bo wtedy no cóż, może być z tego zabawa na kilka chwil.

 


Efekt lustra, czyli dziecko prędzej czy później pokaże nam jacy jesteśmy


Z tą teoria spotkałem się już dawno temu, a o jej skuteczności miałem okazję przekonać się niejeden raz, wychowując córkę. Prawda jest taka, że nasze dziecko wszystkie wzorce zachowań, gesty i słowa czerpie od nas. Dla naszych pociech jesteśmy niczym wielka encyklopedia wiedzy, z której można powielać pełnymi garściami. Dziecko nie wie co jest dobre, a co złe, więc uczy się wszystkiego na pamięć, tak jak mama i tato pokazują. Bo przecież skoro kochani rodzice tak robią to znaczy, że ja też tak muszę.
Zwracam uwagę na to co Aleksandra powtarza, a uwierzcie mi, że bardzo lubi powielać wiele zachowań i zwrotów. Czasami lubi usiąść jak ja, położyć się jak tata czy mama. No i oczywiście usiąść przed komputerem jak tatuś też.

Wiele z tych zachowań jest oczywiście bardzo pozytywna. Aleksi sama chodzi wyrzucać do śmieci różne rzeczy już nie przydatne. Gdy coś jej się rozleje stara się to wytrzeć. Myje rączki i ładnie wyciera w ręcznik. To naprawdę przyjemne patrzeć, gdy staje się taka samodzielna.
Nie wiem tylko jednego. Skąd czasami woła: “CISZA!”?. Bawiąc się swoimi figurkami smerfów lubi dużo mówić. Zwraca się do nich: “POCZEKAJ” i “CISZA”. Czyżby żłobkowa musztra?…

 


Nie ma ludzi nieomylnych, podobnie jak idealnych rodziców


Na świecie nie ma ludzi bez wad. Każdy z nas popełnia błędy i uczy się nowych zagadnień przez całe swoje życie. Podobnie jest z rodzicielstwem. Nie ma czegoś takiego jak rodzic idealny. Po prostu musimy popełniać błędy i uczyć się z nich na przyszłość, aby móc chociażby naszym dzieciom pomóc w trudnych sprawach i decyzjach, aby miały lżej w przyszłości. I chociaż nie chcą słuchać i podsumują nas w przyszłości w jakiś sposób, kochane i otoczone opieką odwdzięczą się nam tym samym.
Nie wiem jak dla was, ale dla mnie mimo wszystko jest to jakieś pocieszenie.

Oceń ten wpis
5

Podobało Ci się?

Jeżeli odnalazłeś w naszym wpisie ciekawe informacje, oceń nasze starania. Będziemy wdzięczni za Twoje zdanie.

Sending
User Review
5 (1 vote)