Posiadanie dzieci, to nie tylko kwiatki i tęcza


 

Wszędzie chwalimy rodzicielstwo takim, jakim powinno być. Jesteśmy pełni zrozumienia i cierpliwości. Staramy się wychowywać nasze dzieci najlepiej, jak tylko się da. Ofiarować im całych siebie i wszystko co najlepsze mimo, że w ostatecznym rozrachunku będą nam pyskować, odkrzykiwać, rzucać piachem w twarz, a nawet bić swoimi małymi rączkami. Do tego zrobią nam histeryczną awanturę w najbardziej zatłoczonym markecie, tylko po to, żeby dostać gówniany kawałek plastiku z napisem Pszczółka Maja, Świnka Peppa albo inny bohater ich ulubionych kreskówek. Rodzicielstwo, to nie sushi, żeby je zawijać w sreberka, a my nie jesteśmy świstakami.

Dzieci nas kochają. Wiem o tym, ale czasami mam ochotę wysłać swoje córki na księżyc. W kosmosie mniej szkód przyniesie ich obecność. Chociaż co do tego nie mogę być pewny. Mogłoby się okazać, że wrócą z gigantyczną kometą, która uderzy prosto w stolicę USA. Wróć, to był chyba Armageddon. Ten film katastroficzny, który zakończył się jednak szczęśliwie. Rzeczywistość, to nie film, więc bałbym się o cały świat i czułbym ciężar na sumieniu, że pozwoliłem zniszczyć ziemię.

 


Czasami z żoną mamy po prostu dosyć. Tak zwyczajnie i po ludzku


 

Wiecie jak bardzo kocham moje córki? Nie potrafię nawet tego opisać. Są jednak dni. Takie pojedyncze. Mógłbym wydać je gdzieś daleko wiedząc, że wrócą dopiero za dwa dni. Ważne, żeby jednak wróciły do mnie, bo pewnie stęskniłbym się już okropnie. Gdy są te dni, z chęcią pozbyłbym się córek. Żony czasami też bym się pozbył, ale tylko na chwilę. Tak na jeden dzień. No może dwa. Razem z dziećmi. Ale wtedy nie odpoczęłaby. Więcej. Pewnie byłaby tak zniszczona, że nie miałbym wytchnienia od jej marudzenia. Dobra, więc wysłałbym tylko dzieci, a żonę posłałbym na cały dzień do S.P.A. = Spadek Poziomu Agresji. To taka ukryta nazwa dla mężczyzn, którzy chcą mieć więcej spokoju w domu. Generalnie S.P.A. zostało stworzone dla mężów, którzy nie dają sobie rady ze swoimi żonami i muszą je wysłać na odnowę biologiczną, jak każdy, dobry sprzęt elektroniczny, który potrzebuje czasami naprawy i przeglądu technicznego.

Dodatkowo wypadałoby wykonać jakieś smarowanie całego układu, więc musiałbym zakupić całą gamę aromatycznych balsamów, które można by wsmarować w całe ciało. Wtedy odpoczęlibyśmy oboje. Myślę nawet, że ja bardziej wiedząc, że moja żona będzie odmieniona, odprężona i wyluzowana. Wtedy nie pozostaje nic innego, jak kupić na wieczór wino i prezerwatywy. Nie byłoby dzieci, więc mogłyby wrócić czasy sprzed epoki motylków w brzuchu. O tak. Czuliśmy je kiedyś intensywnie. Później moja żona czuła je bardziej, ale ostatecznie okazało się, że jednak jest w ciąży i to nie tylko motylki. Więc lepiej się teraz zabezpieczać.

 


Kurwa weźcie już dorośnijcie


 

Chwile gdy dzieciaki dorastają są przejebane. Są jednak cudowne. Piękne i uwieczniane na tysiącach zdjęć. Fantastycznie jest patrzeć jak nasze dzieci zaczynają siadać, chodzić, robić w nocnik, zamiast pod siebie, jeść samodzielnie i mówić pełnymi zdaniami. Czas między tym wszystkim, to jedna ciekawa harówa. Nie tylko dla dzieciaków, ale również dla rodzica. Od samego początku walczymy z niedogodnościami. Dzieci muszą uczyć się samodzielności w wielu dziedzinach, a my dzielnie znosić to, że dopiero uczą się wszystkiego, co związane z człowieczeństwem i nie potrafią tak, jak My rozwiązywać pewnych trudności samodzielnie lub podobnie szybko. Często jako rodzice myślimy sobie: “Wyręczyć, nie wyręczyć?” lub “Zrobić coś za dziecko, żeby było szybciej, czy pozwolić się tak męczyć?”.

Dzieci są świetne. Gdy śpią, bawią się, śmieją i nie robią pod siebie. Wszystkie te chwile, które sprawiły, że mógłbym wyjść z siebie i stanąć obok, z chęcią wymazałbym pozostawiając piękno parentingu. Czas kiedy zostawałem sam w domu z dzieckiem nietolerującym nikogo innego niż mamusia – bezcenny. Całe pół godziny histerii, bo mama musiała gdzieś wyjść i zostawić dziecko z tatą. Uspokajanie, noszenie, zabawianie – wszystko o kant dupy potrzaskać. Matka wchodzi do domu, bierze na ręce i cisza. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. I weź tu bądź człowieku mądry, a świeżo założona koszulka cała w gilach i łzach, bo mimo, że u taty tak źle, to gdzieś się przecież przytulić jednak trzeba.

Najlepsze jednak są przerywniki zabaw, gdy nagle, ni stąd, ni zowąd pojawia się przenikający nozdrza zapach świeżo rąbniętego kupsztala do nowo założonego pampka. Zabawa była świetna. Mamy nie ma, a trzeba zorganizować błyskawiczną akcję wymiany podwozia, które dodatkowo zostało upstrzone na kolorowo. Tą formę rozrywki wyciąłbym z parentingowych przyjemności. Okazuje się bowiem, że małe dziecko potrafi zesrać się po samą szyję, a co najmniej połowę pleców. Nagle słychać w oddali pieśni batalionów żałobnych. Otwieram pakunek, a tam okazuje się, że użyto rozpryskowego, żeby odróżnić zjedzoną marchewkę od groszku, kurczaka od ziemniaka.

Spoglądam wtedy na dziecko, na załadowaną torpedę i myślę: “kurwa dziecko, gdzieś Ty zmieściła w sobie tyle wszystkiego?”. Niepojęte ile demonów potrafi wyzwolić jedno, małe dziecko na raz. Dobra nieczęsto to robię z Alicją, bo żona jest w domu. W pobliżu. Na tak zwanym “urlopie”. Ile ma to wspólnego z odpoczynkiem? Nie wiem, ale połączenie słów urlop i macierzyństwo, to prawie jak napisać wakacje w Czarnobylu – jedziesz? mamy świetne pakiety oglądania mutantów popromiennych, które mogą Cię pokąsać i napromieniować. Znikoma przyjemność.

Ok, wracając do meritum. Czasami chciałbym, żeby moje dzieci dorosły już, właśnie w tej chwili, ale tylko wtedy, gdy biorę pod wątpliwość przyjemność parentingu w sytuacjach przesranych albo obrzyganych. Czasami pojawiają się takie dylematy. I to jest tak, że lubię Alicję taką małą, uczącą się jeszcze dobrze chodzić, ale gdy rąbnie gifta w świeżego pampsa, uwierzcie mi, zdychają u nas owady. Tylko muchy wydają się być bardzo zadowolone, bo przylatują dość często sprawdzić, co podano do stołu.

Dzieciaki są świetne, gdy są małe. Czasami wolałbym, żeby takie zostały, ale bez tych wszystkich skoków rozwojowych, towarzyszących małemu dziecku od narodzin. Ominąłbym te wszystkie kupy w pampersa i zjadanie wszystkiego łapskami, a najlepiej wyjadanie tego, co się zrzuciło na podłogę i do tego najlepiej buzią. Wymazałbym czyszczenie buzią podeszwy butów z piasku albo wyżeranie piasku z piaskownicy. Z pewnością znalazłoby się jeszcze tysiąc różnych demonów dorastania, które wypatroszyłbym bez zastanowienia, byle dzieci i rodzice mieli lżej. Jednak czymże byłby parenting bez wyzwań? Kochamy wyzwania.

 


Zmęczonym psychicznie jest się dopiero od dwójki dzieci


 

Pierwsze lata starszej córki wydawały się totalnie lajtowe. Po tym, jak skończyła kilka miesięcy, została ze mną w domu. Nie czułem wcale, jakbym miał dziecko w domu. To był książkowy parenting z happy endem. Od rana zabawa, śniadanie i dopołudniowa drzemka w domu lub parku. W zależności od pogody. Później zupka i zabawa, a na koniec drugie danie. Czasami drzemka popołudniowa i spacer po parku. Żona przychodziła z pracy, jedliśmy obiad i zawsze było co robić. Wieczorem zabawa, kolacja, kąpiel i lulanie do snu. I tyle. Starsza córka była bezproblemowa, a później poszła do żłobka i już w ogóle miałem spokój i cały dzień na szukanie nowej pracy.

Gdy okazało się w końcu, że żona jest w drugiej ciąży, nie było żadnego problemu. Myślałem, że to nic takiego. Problem w tym, że człowiek szybko zapomina jak to było z pierwszym dzieckiem i żyje już życiem starszego. Etapy kupek, nauki pełzania, raczkowania i w końcu chodzenia były już wcześniej, więc drugie dziecko ma gorzej. Rodzice już wiedzą jak to jest i chcieliby mimo wszystko, żeby różnica między dziećmi jakoś się w międzyczasie zatarła. Myślę również, że młodsze dziecko zawsze będzie miało pod górkę, bo samoistnie próbuje dorównać starszej siostrze lub bratu. Stara się być już tak samo samodzielnym. My z żoną bardzo cieszymy się, że Alicja bardzo szybko łapie wszystko. W końcu ma się od kogo uczyć. Ja jednak miałem swoje dylematy.

Mój główny problem polegał na tym, że przyzwyczajony już do Aleksandry, byłem lekko zdezorientowany, gdy po raz kolejny trzeba było wchodzić w etapy, które dawno mieliśmy za sobą. To tak, jakby ktoś najpierw Cię awansował na dyrektora hotelu, a po chwili kazał Ci być boyem hotelowym. Nie było ciekawie, bo przyzwyczajony do zabaw z Aleksandrą i wygłupów, podrzucania i kręcenia się w kółko, nagle dostałem od żony małą, nie trzymającą główki istotę, która oprócz spoglądania wielkimi oczami na mnie, darła się na mnie od samych narodzin, jakbym jej krzywdę zrobił, że wyszła z brzucha matki. A przecież to ona ją wypchnęła. No dobra byłem na sali porodowej, ale to nie ja przeciąłem pępowinę. To nie ja byłem Ewą. To nie ja skradłem jej ciepły i przyjemny brzuch. Tylko trzymałem za rękę moją żonę. Więc o co chodzi? I tak przez kolejne miesiące. Dopóki małe dziecko nie podrośnie, nie polubi taty i nie zacznie bawić się z siostrą lub bratem. A później jest jeszcze gorzej… ale tylko troszeczkę, bo tylko kłócą się dzieci o zabawki, popychają, biją i ogólnie wywalają dom do góry nogami, zjadają wszystko w biegu, kruszą po całym domu, zostawiając wieczny bałagan, ale kocham to. Kocham, bo jakbym mógł nie kochać tego przepełnionego kupkami, walającymi się wszędzie zabawkami mieszkania, wymalowanego na każdym centymetrze kwadratowym obecnością moich dzieci. Ich radością, krzykiem i wesołym śmiechem… No jak?

Taka złota myśl na do widzenia:
“Dwójka dzieci, to wspaniały początek do tego, aby nie mieć czasu zrobić niczego…”

Czy podobał Ci się ten wpis?

Oceń nas, jeśli tylko chcesz

Cześć Wam drogie mamy i drodzy ojcowie. Jeżeli podobał się Wam nasz wpis, oceńcie go lub zostawcie nam swój komentarz. Każda aktywność oraz ocena z Waszej strony jest dla nas ważna. Uwagi oraz konstruktywna krytyk a również i pomogą nam w jeszcze lepszym prowadzeniu bloga. Dzięki z góry i życzymy miłego czytania naszego małego punktu widzenia…

Sending
User Review
5 (1 vote)