Podziel się nami ze znajomymi. Będzie nam bardzo miło
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Tata sam w domu z dzieckiem. Czy to źle?


 

Począwszy od pewnych skojarzeń oraz stereotypów, a kończąc na wierzeniach ludzi i całego społeczeństwa oraz ostatnich wydarzeniach w telewizji, chciałbym napisać kilka zdań na temat tego, w jaki sposób stałem się ojcem ciapą i czy naprawdę czułem się gorszy od mojej żony tylko dlatego, że nie miałem pracy, żona zarabiała więcej ode mnie i czy dziecko miało ze mną źle.

Mówi się, że nikt nie wychowa dziecka tak, jak zrobi to matka. Najbardziej troskliwa, myśląca o wszystkim i wszystkich. Oddająca ostatni kawałek chleba swojej rodzinie. To prawda, a do tego okazuje się, że matki najlepiej zajmują się dzieckiem od poczęcia. Nie mówię tutaj o karmieniu piersią, bo tutaj My – mężczyźni jesteśmy na straconej pozycji. Natura tak zrobiła, a nie inaczej, że obdarzyła nas siłą, a nie mlekiem w piersi. Z założenia mamy ochraniać rodzinę i zapewnić jej spokój oraz bezpieczeństwo. O wszystko inne troszczy się matka, ponieważ ona wie wszystko lepiej.

W pewnym sensie mógłbym się z tym zgodzić, ale nie teraz odkąd zdarzyło się, że z obiema córkami przez pewien czas siedziałem w domu sam i wcale nie byłem przerażonym i przestraszonym całą sytuacją samcem, który obawia się, że sobie nie poradzi. Za pierwszym razem byłem na bezrobociu, więc była to dla mnie sama przyjemność. Za drugim razem musiałem ogarnąć nie tylko dziecko, ale również pracę i dom. Jak sobie poradziłem i jakie są moje przemyślenia na temat ojca wychowującego dziecko w domu? Sami zobaczcie…

 


Kobieta wie wszystko najlepiej, a tata jest dodatkiem do całości


 

Rozmyślałem nad tym stwierdzeniem wielokrotnie. Nie bez powodu, ponieważ często właśnie w ten sposób czułem się przy mojej żonie. Szczególnie wtedy, gdy dzieci potęgowały stan mojej niepewności, lgnąc do swojej mamy bezgranicznie. Czułem wtedy pewną niemoc i smutek. Może nawet moglibyśmy w pewnym sensie powiedzieć o pewnego rodzaju zazdrości, która tliła się w mojej głowie.

Zastanawiałem się wtedy dlaczego moje dziecko traktuje mnie jak jakiegoś intruza i gdy tylko biorę na ręcę moją córkę, ona płacze i pełna niezadowolenia chce iść do mamy. W pewnym momencie było naprawdę dziwnie, bo czułem się nawet lekko zdezorientowany, a przez to zrezygnowany i nie miałem ochoty zajmować się dzieckiem. Autentycznie. To był czas i syndrom “Avatara”. Przynajmniej jak nazywam w ten sposób ten stan. Dziecko jest połączone z matką, tworząc jeden, nierozerwalny organizm. Prawie, jak za sprawą pępowiny podczas ciąży. Obie moje córki na początku swojego życia dawały mi do zrozumienia, że nie jestem im potrzebny do szczęścia. Mama im w zupełności wystarczyła, ponieważ pierś była zawsze w zasięgu ręki. Nie zrezygnowałem jednak, bo jak można mieć dziecku za złe, że przez pierwsze miesiące swojej egzystencji uznaje tylko swoją matkę. No nie można. Trzeba wyczekać swojego momentu i cały czas próbować.

Z czasem moje dziecko miało ochotę poczuć czym jest tak naprawdę ojciec i moja obecność nie była niczym stresującym. Czasami nawet udało mi się wykrztusić z mojego dziecka szaleńczy śmiech, ale tylko czasami. Gdy były spełnione pewne ważne warunki. Gdy już ojciec okazał się mimo wszystko fajnym obiektem do zabaw, dziewczyny spuszczały z tonu i chciały się ze mną nawet wygłupiać.

Mozna powiedzieć, że z dodatku do rzeczywistości moich córek, stałem się pełnoprawnym członkiem całego zespołu. Wkrótce po tym, jak dzieciaki dawały mi odczuć, że jestem jednak ważnym elementem układanki ich dzieciństwa, wzbierała we mnie moc, którą czuję do dzisiaj. Z początku nie było łatwo, ponieważ uczyłem się cierpliwości. Serio. Myślałem, że jestem opanowanym i spokojnym człowiekiem, ale dzieci szybko zweryfikowały moją pewność siebie i wykorzystały najsłabsze punkty mojego spokoju. Potrafiły w taki sposób grać człowiekowi na nerwach, że mógłbym być w tym okresie czasami przyrównany do kipiejącego parowozu, który powstrzymując się przed wypowiedzeniem swojego niezadowolenia, wypuscza parę kominem. W moim wypadku uszami. Na szczęście później było już tylko lepiej.

 


Mama do pracy, a Ty ojciec siedzisz w domu.


 

Utarło się w społeczeństwie, że ojciec siedzący w domu z dzieckiem jest pierdołą i nieporadnym leniwcem, który albo nie może znaleźć pracy, albo po prostu nie chce. W moim przypadku było akurat ciekawie, ponieważ za pierwszym razem, gdy siedziałem z Aleksandrą w domu, mamie trafiła się niezła fucha, a mnie się kończył kontrakt, więc sytuacja była na tyle klarowna, że wymieniliśmy się w domu. W tym czasie zawięziłem relacje z córką i naprawdę było nam bardzo przyjemnie. W międzyczasie założyłem tego bloga, ponieważ chciałem się podzielić swoją radością oraz przemyśleniami, a przede wszystkim zdjęciami mojego dziecka, z moją najbliższą rodziną. Tak więc tata i dziecko powstał w zasadzie tylko w tym celu. Gdy Aleksanda w końcu poszła do żłobka (o czym pisałem w pierwszym sezonie “Akcji żłobek“), mogłem spokojnie poszukać pracy. Nie było kolorowo, ale w końcu ją znalazłem.

To nie było tak, że siedziałem w domu i zbijałem bąki. To oczywiście też, bo w pewnym sensie mogłem, ale nie w tym rzecz. Wszystko ułożyło się po naszej myśli. Ja w pracy, dziecko w żłobku, czyli wszystko było w porządku. W międzyczasie okazało się, że moja żona jest w drugiej ciąży. Do czasu, gdy mogła jeszcze pracować, będąc w stanie błogosławionym, chodziła dzielnie, a brzuch rósł i rósł. W końcu żona zdecydowała się pójść na zasłużony urlop macierzyński. Wkrótce po tym fakcie na świat przyszła Alicja.

Jeżeli chodzi o Alicję, historia mojego wychowywania córki w domu jest bardzo ciekawa. Od zawsze wiedziałem, że odbijanie karty zakładowej i codzienne chodzenie do pracy, tracenie czasu na przejeżdżanie kilometrów oraz wczesne wstawanie rano, żeby specjalnie się naszykować do biura, wcale mnie nie rajcowało. Idąc do pracy na godzinę 8 rano, musiałem odprowadzić dziecko do żłobka, więc wstawałem dość wcześnie, dziecko szło niezadowolone tylko po to, by siedzieć samotnie z Panią w żłobku i abym ja mógł zdążyć na tramwaj, na który najczęściej biegłem, jak to we Wrocławiu. Po niespełna kilku miesiącach pracy jako Copywriter, postanowiłem postawić w końcu na swoim i zamienić pracę w firmie na stanowisko w trybie home office.

Miałem w sobie wiele wątpliwości, ale jeżeli mówi się A, to trzeba powiedzieć B aż do Z. To była pierwsza zima, którą spędziliśmy razem z Alicją w domu. Nie przeszkadzaliśmy sobie nawzajem. Żona zajmowała się dzieckiem i domem, a ja intensywnie tworzyłem swoją bazę klientów i zaplecze na dobry start w 2016 roku. Aleksandra chodziła ze mną grzecznie do żłobka o rozsądnej godzinie, a gdy zrobiło się ciepło, żona motała Alicję w chustę i chodziła rano na spacer z Aleksandrą. Gdy minęło lato, wyruszyliśmy do przedszkola. Wtedy już wiedzieliśmy, że mama idzie do nowej pracy. I znów okazało się, że tata zostaje w domu z dzieckiem, ponieważ nie udało nam się dostać do żłobka. Wtedy nie mieliśmy pojęcia, że wkrótce zwolni się miejsce i Alicja wyruszy w świat, więc rozpoczęło się dla mnie nowe wyzwanie.

Miałem zostać Z Alą sam na sam, a dodatkowo ogarnąć swoje zobowiązania wobec moich klientów. Myślicie sobie pewnie, że to niemożliwe? Może gdybym miał pracę od do, nie udałoby mi się pogodzić swoich wszystkich obowiązków, ale ponieważ czas na pracę mam nielimitowany, mogłem część obowiązków przełożyć na popołudnie. Wiem co powiecie. Zapewne większośc z Was nie chciałaby w ten sposób prowadzić życia, ale jak mówi stare przysłowie: “jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”. I tak miałem dziecko na wychowaniu. Dziecko, które na całe szczęście pozwalało mi od czasu do czasu coś napisać. Praca z Alą w domu nie była wcale uciążliwa. Czasami po prostu siedziała koło mnie, pokazywała paluchami gdy jej się coś spodobało albo po prostu bawiła się swoimi zabawkami. Czasami próbowała poprawiać moje błędy lub pisać po klawiaturze. Zapewne stwierdziła, że czasami napisałaby to lepiej. Mam nadzieję, że któregoś dnia tak właśnie będzie. W każdym razie mieliśmy swoje rytuały i to one pozwoliły nam na pewną symbiozę oraz organizację.

Co prawda wiązało się to z przynoszeniem fotelika i jedzenia do pokoju, żeby mieć ją cały czas na oku albo zwyczajnie siedziałem z laptopem na dywanie między zabawkami. Czas snu pozwalał mi w pełni wykorzystać ciszę i spokój. Czasami zapominałem wypić kawę, ale śniadania i obiady jadaliśmy razem, więc nie było mowy, żebym zapomniał się wyżywić. Ubieranie się i szykowanie? To już inna sprawa. Z tym nie było tak szybko. Zdarzało mi się pracować w pidżamie, z nogami pod kołdrą i laptopem na kolanach, gdy obok smacznie spała moja córka. To był najlepszy z możliwych układów. Miałem ją na oku podczas snu, a do tego mogłem w spokoju robić to, bo miałem do zrobienia. W żłobku obecnie Alicja przesypia godzinkę lub półtora. Ze mną potrafiła przespać nawet 3 godziny na spokojnie. Nie budziłem jej, bo po co. Skoro dziecko nie ma żadnych obowiązków ponad te, które samo sobie przydzieli.

Ok, ale nie pisałem jeszcze o minusach pracy mając równocześnie dziecko w domu na wychowaniu. Z pewnością do głównych należał rozbrojony czas pracy, nieciągły i przerywany. Wielu osobm mogłoby to popsuć cały dzień, ale gdy się do takiego trybu człowiek przyzwyczai, można spokojnie wykorzystać każdą, wolną chwilę. Zabawa również na tym ucierpiała. W czasie zabawy człowiek nie jest w stanie połączyć pracy z rzetelną uwagą nad tym, co akurat dziecko robi. Dlatego starałem się wymyślać takie zabawy, które moja córka może wykonywać samodzielnie. Wiązało się to z ogromnym bałaganem i ciągłą zmianą zainteresowań, ale jakieś kompromisy musiałem opracować.

A jeżeli o bałaganie już mowa to przyznam się, że był on nieodłączną częścią całej wspólnej kooperacji. Ze wszystkich czynności tylko sprzątanie jakoś nie dawało się ogarnąć, więc zwykle żona przychodząc do domu rzucała takimi piorunami z oczu, że mógłbym schować się w najgłębszych lochach piekła.

Jednym z głównych problemów było również to, że zupełnie nie wychodziliśmy na dopołudniowe spacery, bo po prostu nie było na to czasu. Musiałem ogarnąć więc jakiś dobrze przemyślany patent, więc po prostu ubrałem Alicję, gdy pogoda była ładna, wyciągnąłem siedzisko od wózka na balkon i ululałem ją w nim na powietrzu. Efekt taki sam, jak na spacerze, czyli słoneczko na twarzy i “świeże’ powietrze”. Jedyny minus taki, że siedziałem przy komputerze w tym czasie. Plusem było to, że miałem cały czas oko na córkę, która smacznie spała sobie wózku bez kółek. Nie było wyjścia, więc trzeba było sobie jakoś radzić.

A jak wyglądały relacje z klientami i pracodawcami? Dość dobrze. Z jednym z moich pracodawców Ala się na Skype po jakimś czasie zakumplowała i wołali sobie: “halo, halo”. Po takim powitaniu, można było przystępować do burzy mózgów. Z pozostałymi pracodawcami zwykle utrzymywałem kontakt mailowy lub telefoniczny, ponieważ nie miałem czasu na umawianie się i spotkania poza domem, aby obgadywać szczegóły. A ponieważ jestem wzrokowcem i muszę mieć wszystko czarno na białym, otrzymywałem briefy wraz z wytycznymi na swoją pocztę elektroniczną.

Mimo wszystko czasami czułem się własnie w ten sposób:

https://www.youtube.com/watch?v=kqoaRDutPi0

Rodzina nie była zbytnio zadowolona z mojej decyzji, która definiowała mnie jako mężczyznę pracującego w domu, czyli pracującego trochę na niby. Bo jak w domu to znaczy, że hobbystycznie albo dorywczo. Bo jak można pracować w domu i nie iść do kogoś, gdzieś. Do biura chociażby i siedzieć pełne osiem godzin? Dom służy do odpoczynku, do domowania i bycia z domownikami. Dom z definicji służy do bycia w nim po pracy, a nie w pracy. Nie idzie się do pracy. Nie wychodzi się nigdzie. To pewne argumenty, które do mnie w ogóle nie przemawiają.

Z drugiej strony, która najbardziej do mnie przemawia. Nie trzeba pilnować, żeby się nie spóźnić. Tak. Nie pracuję na etacie w firmie u kogoś. Nie słucham codziennych narzekań pracowników i marudzenia szefa. Nikt nie będzie mnie rugał, gdy dopadnie go zły humor. I nie jestem niezadowolony z mojego stanowiska pracy, wczesnego wstawania i robienia kawy na czas, czy jedzenia w biegu. I nie zastanawiam się czy już mogę iść na przerwę śniadaniową, obiadową i gdy wyjdę na tron szef nie stwierdzi, że gdzieś mnie wywiało, licząc przy okazji minuty mojej nieobecności przy stanowisku pracy.

Nie spóźnię się do pracy, gdy starsza córka nie chce się ubrać do przedszkola. Nie będę się tłumaczył żadnemu bucowi bezdzietnemu, że dzieci i walczyłem z czasem. I prośbą starałem się córkę namówić do współpracy i nie wyrobiłem się z ubieraniem gdy dziecko miało zły humor albo po prostu córka wstała lewą nogą. Nie muszę prosić się o L4 żadnego bezdusznego kierownika ani dyrektora, który ostatecznie stwierdzi, że za często jestem na zwolnieniu i powinienem załatwić sobie kogoś do opieki nad chorym dzieckiem. Nie muszę się złościć i odpowiedzieć: ‘pierdol się złamasie”, bo nie zostawię obcemu mojego dziecka. Szczególnie wtedy, gdy najbardziej mnie potrzebuje – w czasie choroby i złego samopoczucia.

 


Tata ciapa, czyli społeczny stereotyp i moja organizacja


 

Ok. Niech tak będzie, że większość społeczeństwa uważa mnie za miękkiego siusiaka, bo siedzę w domu. A już ojciec wychowujący dziecko w domu, gdy żona chodzi do pracy z innymi łork łokerami, jest w ogóle straszną pipą. Wierzę, że ten utarty stereotyp krąży wyłącznie wśród starszego pokolenia, które nie znało jeszcze internetu, popularyzowania pracy zdalnej oraz trybu home office. No chyba, że było się gospodynią domową, która od świtania do zmierzchu zajmowała się całym domostwem, usługując dzieciom i swojemu małżonkowi. Wtedy to co innego. Chociaż nie dostawała za to wynagrodzenia, mąż zapewniał jej dobry byt.

A jak jest ze mną? Bardzo różnie. Może nadmienię tylko, że swoją pracę trzeba naprawdę bardzo lubić. Nie da się wykonywać obowiązków w pełni na 120%, jeżeli po prostu robi się coś, bo trzeba gdzieś pracować, coś robić i zahaczyć się w jakimś miejscu. Nie da się tak funkcjonować na dłuższą metę i prędzej czy później przychodzi niezadowloenie, frustracja i marudzenie. Z czasem okazuje się, że nienawidzimy naszej pracy, bo za mało pieniędzy, trzeba szkolić nowych pracowników, którzy niekoniecznie mają rozeznanie w tym, co robią. Do tego jeszcze szef denerwuje nas bardziej, niż zwykle. I tak dalej, i tak dalej.

Codziennie odporowadzam córkę lub obie, w zależności od tego jak wyrobimy się z niechęcią Aleksandry do ubierania się nad ranem. Zwykle żona odwozi Aleksi do przedszkola, a ja zostawałem wcześniej z Alicją w domu, a teraz idziemy do żłobka, wracam i jem śniadanie. Robię kawę i siadam do pracy mniej więcej około godziny dziewiątej. Czasami wcześniej. Mój główny chlebodawca wie jednak, że nadrobię lub jeżeli zajdzie taka potrzeba wykonam swoje zadania o innej porze dnia. Zwykle zapominam o obiedzie. Jakoś mi z nim nie po drodze. Alicja zwykle określała pory żarcia. Obecnie nie mam nikogo, kto by mnie przypilnował. Jeżeli żona zrobi zupę, to gdzieś z tyłu głowy pamiętam o niej i w końcu zjem coś gorącego, ale z drugim daniem ciężko. Nawet jeżeli mam w lodówce i wystarczy tylko podgrzać.

Nie zarabiam kokosów. Przyznaję się bez bicia. Uwielbiam jednak swoją pracę i nie wyobrażam sobie robić coś innego. No może gdybym miał jakiś talent. Na przykład do rysowania albo tęgi mózg do programowania. Ale piszę. Na tym najlepiej się znam. Na mówieniu o niczym również. Chociaż czasami ciężko mówić jest o niczym, gdy tak wiele ciekawych rzeczy można powiedzieć na temat parentingu, dzieci i sprawach związanych z ich codziennymi perypetiami. To ja. Ojciec ciapa pracujący w domu. Kocham moje dzieci i uwielbiam swoją pracę. Nie wyobrażam sobie innego życia i póki mam dla kogo żyć i robić to co robię, mam zamiar brnąć przeciw stereotypom i zostać MEGA CIAPĄ i MEGA NIEROBEM. Jeżeli tylko rachunki się zgadzają, dzieci są szczęśliwe, a klienci chodzą zadowoleni, nazywajcie mnie, jak tylko chcecie. Mam to w dupie…

  • Lukasz Jankowski

    Hej cóż powiedzieć ja chyba też jestem taka ciapa czy cipa hehe wychowuje syna a żona pracuje dodatkowo mieszkam na wsi więc wyobraź sobie… ale jak to napisałeś mam to w dupie pozdrawiam

    • Coraz częśćiej ojcowie wychowują dzieci w domu w czasie, gdy kobiety pracują. Niekiedy te kobiety piastują wysokie stanowiska. Nie rozumiem tego utartego schematu o ojcu piździe tylko dlatego, że siedzi w domu z dziećmi zamiast swojej żony. Jeżeli kobieta jest Dyrektorem, Mecenasem i pragnie robić karierę, to czy jest w tym wszystkim coś złego? Nikt przecież nie każe jej iść do kamieniołomów. Bo mam wrażenie, że w ten sposób się postrzega całą sytuację. Gdy kobieta siedzi w domu z dziećmi, to o jaka wielce narobiona, niewyspana i w ogóle, bo musi ogarnąć wszystko, ale jak ojciec pójdzie siedzieć do domu z dziećmi, to już leń śmierdzący nic nie robiący. Tak jakby ojciec nie robił w tym samym czasie tego, co matka by robiła będąc w domu, a dzieci chodziły głodne, obsrane, były zamknięte w piwnicy i przywiązane sznurem do stropów 😀